Paznokcie miała czerwone
pomalowane jakiś krajowym lakierem żadnej jakości
może to jeszcze pollena
może w zapachu tego lakieru dało się jeszcze wyczuć komunę
może wygrzebała go gdzieś w skrzypiącej szufladzie
spomiędzy setek innych
dawno nieużywanych zbędnych bibelotów
pośród starych szminek wyschniętych tuszy do rzęs flakonów po skończonych perfumach niemodnych kokard kolorowych gumek frotte i stert wsuwek z których zdrapano lakier
zapach który raził jakimś rozpuszczalnikiem jakąś chemikalią
a może kupiła go na tygodniowym targu
na który zjeżdżali wszyscy okoliczni przedsiębiorcy
tak jak ona na takim rynku sprzedawali świeże jajka, mięso, wiklinę, kasety z disco polo
używane meble z Niemiec, czy podróby kosmetyków zachodnich marek
handel kwitł z ręki do ręki, a najczęściej wystawiało się ofertę
z bagażnika auta ściągniętego z Niemiec
wraki wywiezione na lawetach
ale wszystko co niekrajowe to lepsze
więc zachłannie jeździli przez granicę po więcej i więcej
każdemu należało się po jednym
a nawet i po kilka
byleby więcej byleby znaczek był na masce
byleby był szpan
niedziela, 31 stycznia 2010
poniedziałek, 25 stycznia 2010
ironii wielki cud
ostatnie dni to
nieprzespane sny
niedojedzony obiad
rachunek ze sklepu niezbyt wysoki
ale może za drogi
zaciasne rękawiczki i niewygodne buty
czekanie do czwartej nad ranem na ironii wielki cud
suche pranie ale pogniecione
schody w dół a pod górę brak tchu
lekki mróz promień słońca
pytające twarze szyderczy wzrok
brak kontaktu z rzeczywistością
milcząco
nie ten smak znów w posiłku
grzywka znów nie w tę stonę
ten sam komentarz do wpisu
jeszcze dziewięć
dziewięć jak ten słaby musical
co spremierował się wczoraj
za mocno przypudrowany reklamą
opieram się podpieram pomagam
i zabieram
czekam na ironii wielki cud
do czwartej nad ranem
może powinienem wyprać te spodnie
buty wreszcie zawiązać
a sweter oddać na paragonie
wykasować z pamięci głupie
bez sensu nieważne w telefonie
narzucam chociaż nie chcę
wybiega to ze mnie
niech ugryzę się w język
jak pięknie i niepięknie
głowa w lewo w prawo
czysto i brudno
tam biednie tu bogato
bilety są ulgowe ale
nikt ich nie sprawdza
kasuję go mimo to
podobno uczciwość popłaca
czekam więc na swoją kolej
czekam na ironii cud
do czwartej nad ranem
czy to dziś będzie ten moment
może teraz to się stanie
nieprzespane sny
niedojedzony obiad
rachunek ze sklepu niezbyt wysoki
ale może za drogi
zaciasne rękawiczki i niewygodne buty
czekanie do czwartej nad ranem na ironii wielki cud
suche pranie ale pogniecione
schody w dół a pod górę brak tchu
lekki mróz promień słońca
pytające twarze szyderczy wzrok
brak kontaktu z rzeczywistością
milcząco
nie ten smak znów w posiłku
grzywka znów nie w tę stonę
ten sam komentarz do wpisu
jeszcze dziewięć
dziewięć jak ten słaby musical
co spremierował się wczoraj
za mocno przypudrowany reklamą
opieram się podpieram pomagam
i zabieram
czekam na ironii wielki cud
do czwartej nad ranem
może powinienem wyprać te spodnie
buty wreszcie zawiązać
a sweter oddać na paragonie
wykasować z pamięci głupie
bez sensu nieważne w telefonie
narzucam chociaż nie chcę
wybiega to ze mnie
niech ugryzę się w język
jak pięknie i niepięknie
głowa w lewo w prawo
czysto i brudno
tam biednie tu bogato
bilety są ulgowe ale
nikt ich nie sprawdza
kasuję go mimo to
podobno uczciwość popłaca
czekam więc na swoją kolej
czekam na ironii cud
do czwartej nad ranem
czy to dziś będzie ten moment
może teraz to się stanie
kuchnia
ona pije wodę prosto z kranu
a tamta je przedojrzałego sczerniałego banana
palnik jeszcze ciepły ktoś robił kolację
talerz niedomyty
w zlewie przypalony garnek
okruchy na stole
nikt ich nie chce sprzątnąc
nikt się nie przyznaje
krzesła są znów odsunięte
zostawione tak jakby w pośpiechu ktoś stąd uciekał
przysuwam je na miejsce
okno i drzwi otwarte
stoję w przeciągu
sparowuję noże i widelce
czekam aż ktoś wejdzie
rozpuszcony cukier na podłodze
lepi się do stóp
ktoś odjeżdża ktoś przychodzi
a ja ciągle tutaj
za mną te same kroki
ślady nieidealne
trochę wytarte chociaż
wciąż odczytywalne
tylko moje "chcę"
jest niewykonalne
a tamta je przedojrzałego sczerniałego banana
palnik jeszcze ciepły ktoś robił kolację
talerz niedomyty
w zlewie przypalony garnek
okruchy na stole
nikt ich nie chce sprzątnąc
nikt się nie przyznaje
krzesła są znów odsunięte
zostawione tak jakby w pośpiechu ktoś stąd uciekał
przysuwam je na miejsce
okno i drzwi otwarte
stoję w przeciągu
sparowuję noże i widelce
czekam aż ktoś wejdzie
rozpuszcony cukier na podłodze
lepi się do stóp
ktoś odjeżdża ktoś przychodzi
a ja ciągle tutaj
za mną te same kroki
ślady nieidealne
trochę wytarte chociaż
wciąż odczytywalne
tylko moje "chcę"
jest niewykonalne
kolejka
stoję w kolejce w lidlu
przede mną cyganka
cyganka ale nie w sukni falbaniastej
wymachująca rękoma i biodrami
nie w rytm muzyki romskiej
cyganka w kurtce czarnej puchowej
odbiera starą komórkę
milknie bip bip
mówi coś po słowacku
obok mała cyganka wierci się
chce szybko dostać swoje czipsy
niech stara zapłaci i do domu
przed telewizor
na taśmie leżą jeszcze desery z bitą śmietaną
za siedemnaście eurocentów
bierze je każdy bo najtańsze
dla małej cyganki to jak prezent na gwiazdkę
mała zawiesza na mnie wzrok
oczy cygańskie są zawsze takie same
to coś pomiędzy szaleństwem, dziwactwem i cwaniactwem
specjalnie patrzę na białą kurtkę w geometryczne wzory tej małej
oczywiście brudna z żółtymi plamami
można się było tego spodziewać
mała nie ukrywa swojej chęci jak najszybszego pochłonięcia
paczki promocyjnych czipsów
jest niecierpliwa
matka cyganka płaci z bólem zaglądając na dno dziurawego portfela
jest zła że znowu nie starczy jej na fajki i flaszkę
stary cygan w domu ją za to zjebie i będzie musiała dawać się mu całą noc
kiedy on nigdy nie chcę tego robić z gumą
dla niego nie ma dyskusji
za to ma parę flaszek piwa albo tanią mocną wódę ewentualnie fajki na cały dzień, więc bilans jest jasny
libacja z innymi romami z cygańskiego getta w starej kamienicy gotowa
a ona z nerwów chudnie i chudnie
bo nie wie czy kiedy następnej nocy ją przeleci
nie wpadnie
a z piątym dzieckiem cygańskim już nie da rady
jej organizm jest już i tak na tyle wyssany na tyle wyczerpany
w całokształcie zaniedbany
przede mną cyganka
cyganka ale nie w sukni falbaniastej
wymachująca rękoma i biodrami
nie w rytm muzyki romskiej
cyganka w kurtce czarnej puchowej
odbiera starą komórkę
milknie bip bip
mówi coś po słowacku
obok mała cyganka wierci się
chce szybko dostać swoje czipsy
niech stara zapłaci i do domu
przed telewizor
na taśmie leżą jeszcze desery z bitą śmietaną
za siedemnaście eurocentów
bierze je każdy bo najtańsze
dla małej cyganki to jak prezent na gwiazdkę
mała zawiesza na mnie wzrok
oczy cygańskie są zawsze takie same
to coś pomiędzy szaleństwem, dziwactwem i cwaniactwem
specjalnie patrzę na białą kurtkę w geometryczne wzory tej małej
oczywiście brudna z żółtymi plamami
można się było tego spodziewać
mała nie ukrywa swojej chęci jak najszybszego pochłonięcia
paczki promocyjnych czipsów
jest niecierpliwa
matka cyganka płaci z bólem zaglądając na dno dziurawego portfela
jest zła że znowu nie starczy jej na fajki i flaszkę
stary cygan w domu ją za to zjebie i będzie musiała dawać się mu całą noc
kiedy on nigdy nie chcę tego robić z gumą
dla niego nie ma dyskusji
za to ma parę flaszek piwa albo tanią mocną wódę ewentualnie fajki na cały dzień, więc bilans jest jasny
libacja z innymi romami z cygańskiego getta w starej kamienicy gotowa
a ona z nerwów chudnie i chudnie
bo nie wie czy kiedy następnej nocy ją przeleci
nie wpadnie
a z piątym dzieckiem cygańskim już nie da rady
jej organizm jest już i tak na tyle wyssany na tyle wyczerpany
w całokształcie zaniedbany
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)